Legenda polska
O Olbrzymach i wężach
W pradawnych czasach blisko ziemi krakowskiej istniało królestwo olbrzymów. Królestwem tym rządziło siedemdziesięciu siedmiu olbrzymów-wielkoludów. Ich król, Karpat, posiadał wprawdzie największą czarodziejską moc, ale i oni wszyscy wielką mocą rozporządzali. Jeśli któryś z nich powiedział słowo "tak" - natychmiast z ziemi wyrastała wielka skała, a jeśli wymówił słowo: "nie" - otwierała się głęboka przepaść.
Była to kraina dziwna bardzo, bogata w różne górskie dostatki, ale ziemi urodzajnej nie miała.
Kiedyś, gdy zebrała się wielka królewska rada złożona z tych właśnie siedemdziesięciu siedmiu olbrzymów - jeden z nich poradził, żeby powiększyć królestwo i zagarnąć pobliskie ziemie. Na to niechcieli się zgodzić tylko trzej synowie króla - Tatr, Pień i Beskid. Powiedzieli, że będą rządzić w swych księstwach, a innej - cudzej - ziemi nie chcą.
Król rozgniewał się i wypędził synów, a sam skinął głową na znak, że zgadza się zagarnąć pobliskie ziemie. A kiedy wypowiedział: "tak", reszta olbrzymów też skinęła głowami i powtórzyła słowo: "tak". Wtedy wydobyło się z ziemi siedemdziesiąt siedem gór tak ogromnych, że ginęły w chmurach. Ale w tej samej chwili cala rada królewska, wraz z królem, za to, że chciała zagarnąć cudze ziemie, straciła czarodziejską moc.
Zniknął przepyszny zamek. olbrzymy zaczęły się kurczyć, a ciała ich pokryły się łuską. I oto cała rada olbrzymów zamieniła się w kłębowisko wężów pełzających po szarej, skalistej ziemi. Jedynie król jaśniał diamentowym czubem i srebrzystą łuską. Jego królestwo było teraz niewielkie. Rozciągało się tak daleko, jak daleko mógł sięgnąć wzrokiem.
Mijały lata. Dawne królestwo olbrzymów porosło puszczą. Nad lasami smreków ciemniały owe szczyty wydobyte słowem "tak".
Powiadają, że król chciał wciągnąć na sam szczyt, aby powiększyć swą dziedzinę, i że tam, gdzie się wczołgał, zostawały gołe skały, na których nic rosnąć nie może. Ale mówią też, że żaden karpacki góral węża nie zabije, bo wierzy, iż kiedyś wszystkie węże wczołgają się wreszcie na same szczyty górskie, a między puszczą znajdą się urodzajne kawały ziemi.
Starzykowie beskidzcy bają też o Wężu Złotogłowcu, który raz w roku, w noc świętojańską, wychodzi z rozpadliny i wlecze się aż do Małej Wisły. Jest duży, na głowie ma złotą, lśniącą od drogich kamieni koronę. Za nim wloką sie węże - dworzanie. Król Złotogłowiec kładzie swą drogocenną koronę na brzegu, a sam pluszcze się w wodzie. Węże pilnują tego skarbu. Ludzie wiedzą o wędrówce Złotogłowca do źródeł Wisły i wielu już śmiałków czatowalo w Noc Świętojańską, aby porwać królewską koronę. Nigdy to się nie udaje, gdyż węże-strażnicy dobrze jej pilnują. Doganiają śmiałka i szczypią go do nieprzytomności, a skarb odbierają. Taki śmiałek już nigdy nie odzyskiwał świadmości i wciąż w kółko opowiadał o Wężu Złotogłowcu, jego wężach-dworzanach i o szczerozłotej koronie.
"O olbrzymach i wężach" from "Wisła Śpiewna" J. Gorzechowska, B. Bernacka, Nasza Księgarnia W-wa 1982 r.
#legenda#polska#olbrzym#węże#karpaty#

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz