czwartek, 14 marca 2024

Bajka koreańska

Duch ognia



Wiele lat temu żył wielki duch ognia. Mieszkał w wulkanie niedaleko miasta. Kiedy był głodny duch ognia zstępował z wulkanu. Zjadał wysokie drzewa i suchą trawę. Zjadał ogromne lasy i pola kukurydzy. Zjadał nawet kamienie i skały.

Duch ognia kochał jeść to co  zrobili ludzie. Zjadał płoty i szopy. Zjadał domy i całe farmy. Kiedy był naprawdę głodny mógł zjeść całą wioskę.

Pewnego dnia duch ognia siedział na szczycie wulkanu. Mógł stamtąd zobaczyć całe miasto. Kiedy zobaczył królewski pałac oblizał swoje usta. 

"Co za smaczny budynek" powiedział do siebie. "Chciałbym go zjeść".

Duch ognia zstąpił z wulkanu. Przeszedł przez pola, a trawa zaczęła się palić.

Kiedy ludzie zobaczyli palące się pola wiedzieli, że duch ognia się zbliża.

"Uciekajacie" wołali. Ludzie w pośpiechu zostawiali domy i uciekali tak szybko jak tylko mogli.

Duch ognia przeszedł ulicami miasta. Zapalił dachy i spalił każdy budynek, którego dotknął. Kiedy przybył do pałacu wspiął się na mury i skruszył je na ziemię. Zostały tylko zgliszcza i popioły.

Król popatrzył smutno na zniszczone miasto. 

"Musimy coś zrobić, aby to się więcej nie powtórzyło" powiedział.

Król wezwał wszystkich mędrców razem. Próbowali wymyśleć sposób, aby zatrzymać ducha ognia następnym razem.

Najpierw wykopali ogromny dziurę. Wypełnili ją wodą z rzeki. 

"To powinno zatrzymać ducha ognia" powiedzieli.

Kiedy ludzie odbudowywali miasto kamieniarze poszli w góry. Szukali oni specjalnego gatunku kamienia. Kiedy go znaleźli wielu ludzi pomagało im zabrać go do pałacu.

Kamieniarze pracowali dzień i noc. Ludzie mogli usłyszeć dźwięk młotków w całym mieście. Nikt jednak nie wiedział co budują. Nie chcieli by dowiedział się o tym duch ognia.

Przez cały ten czas duch ognia przypatrywał się ludziom. Patrzył jak budowali miasto. Poczuł się przez to bardzo głodny.

Pewnej nocy zszedł on znowu z wulkanu. Kiedy zobaczył dziurę z wodą przeszedł przez nią. Woda była zimna i mokra, ale nie ugasiła jego ognia. 

"Biegnijcie" wołali ludzie. "Duch ognia nadchodzi".

Duch ognia gonił ludzi, aż dotarł do pałacu i tam się zatrzymał. Stał tam wielki kamienny potwór. Miał on ostre zęby i ogromne pazury. 

Duch ognia bardzo się przestraszył. Spojrzał jeszcze raz na kamiennego potwora i zawrócił. Wrócił z powrotem do wulkanu. Od tego dnia duch ognia został w swoim domu w wulkanie. Nigdy też nie odwiedził miasta ponownie.

"The fire spirit" by Damian Harvey

#bajka#korea#duch#ognia#

wtorek, 12 marca 2024

Baśń z wysp południowych

Pasterz, księżyc i żmija.



Było to bardzo dawno temu, kiedy ludzie znali jeszcze język zwierząt, drzew, skał i kamieni, a ze Słońcem i Księżycem żyli w przyjaźni.

Pewien biedny pasterz strzegł stada owiec swego pana na wielkim, zielonym pastwisku w dolinie ukrytej pośród  gór. Wtem niebo pociemniało, zerwał się wicher, nadciągnęła wielka chmura i lunął rzęsisty deszcz. Na ziemię spadły potoki wody, zalały całą dolinę i w jednej chwili zamieniły się w rwące strumienie. Pasterz wraz se swymi owieczkami schronił się na stoku góry i chciał się ukryć pod wydrążoną skałą, gdy nagle posłyszał jakiś złowrogi syk i z przerażeniem ujrzał, jak ogromna, czarna żmija ze złotą koroną na łbie wypełza z pieczary i sprężyła się do skoku. Kołysała łbem na boki i wpatrywała się w pasterza płonącymi, okrutnymi ślepiami.

Złąkł się pasterz na widok strasznego gada, pochwycił kamień i cisnął na oślep w żmiję.

- Ach, okrutniku, cóżeś uczynił? - zasyczała żmija - Potłukłeś mi wszystkie jaja, z których już niedługo miały się wylęgnąć moje małe. Zapłacisz mi za to, nigdy ci nie daruję mej krzywdy!

Wysunęła cienki, czerwony język, parskała, pluła jadem, a jej giętkie, długie cielsko wiło się z taką szybkością, że przestraszony pastuszek rzucił się do ucieczki. Ale żmija, zrozpaczona po stracie jaj, taką ziała nienawiścią i żądzą zemsty, że gnała za pasterzem jak śmiercionośny, czarny, długi pocisk. Co on za skałę się kryje, już żmija za nim straszny łeb wysuwa i syczy, gdy przerażony ze stoku zbiega w dół po głazach, ona tuż, tuż, śliskie ciało pręży do skoku, zwija w skręty i rozwija, ogonem w ziemię wali i już jest przy nim, już go ma dosięgnąć.

- Oszczędź mi życie, żmijo! - zawołał pasterz, odwracając się w biegu.  - Nie mścij się na mnie, nie chciałem ci stłuc jaj, cisnąłem kamień tylko po to, by cię odstraszyć. Zostaw mnie w spokoju, a przysięgam, że nigdy już na ciebie i twoich krewniaków ręki nie podniosę. Co zrobią moi starzy rodzice, gdy mnie zabijesz? Zginą z głodu.

- O nie, nie umkniesz mi. Na nic twoje prośby. Nie wierzę w twoje obietnice, a zresztą cóż mi po nich, gdy już nie ma moich jaj. Musisz mi za moją krzywdę życiem swym zapłacić.

I żmija skoczyła na pasterza z rozwartą paszczą. Ostatkiem sił  uchylił się pasterz w bok i zdołał uniknąć jej jadowitego ukąszenia.

Znów rzucił się do ucieczki przez góry, bezdroża, a jego prześladowczyni z sykiem pełzła za nim niestrudzona, groźna, mściwa.

Już słońce zaszło, noc zapadła i młody księżyc ukazał się na niebie.

Pasterz ostatkiem sił, dysząc ciężko, wspiął się na szczyt góry i patrząc z rozpaczą na srebrny sierp wędrujący wśród gwiazd, padł na kolana i zawołał błagalnie:

- Księżycu jasny! Weź mnie w opiekę! Ratuj przed złą żmiją, co mnie chce życia pozbawić! Niechcący stłukłem kamieniem  jej jaja, to prawda, alem jej przysiągł, że gdy mnie oszczędzi, odtąd nigdy nie podniosę ani na nią, ani na jej ród ręki i będę schodził jej z drogi. Ale żmija zawzięła się na mnie i pragnie mnie pożreć. Ocal mnie przed nią, o Srebrnorogi Władco Nieba!

Słysząc to żmija podniosła płaski łeb w górę i rzekła do Księżyca:

- O ty, co krążysz po nocnym niebie i oświetlasz ziemię pogrążoną w mroku! Wejrzyj na mój ból i racz rozważyć całą sprawę. Ten pasterz tłukąc zniesione jaja pozbawił mnie dzieci, a cóż jest warta żmija bez potomstwa? Żądam sprawiedliwej kary! Śmierć za śmierć! Życie za życie! Nie chcę innej od niego odpłaty za krzywdę, jaką mi wyrządził.

Zasępił się Księżyc, na chwilę zakrył jasną twarz chmurą, by się głębiej zastanowić na sprawą pasterza i żmiji.

Po chwili zajaśniał znów błękitosrebrnym światłem i rzekł:

- Okaż mu miłosierdzie, żmijo! Prawda, że srogo cię ukrzywdził, ale żałuje swego czynu i obiecuje, że w przyszłości nigdy nie podniesie ręki na ciebie i twoich bliskich. Przeto nie prześladuj go więcej, a ja ci dam za niego wykup, jakiego tylko zapragniesz. Przecież to nędzasz, cudze stada pasie, choćby chciał, nie ma nic do darowania.

- Ma swoje życie, tedy niech mi się życiem odpłaci - zasyczała żmija nienawistnie.

- Dam ci drogich kamieni na twoją koronę i tyle pereł, ile masz łusek na grzbiecie, będziesz najpiękniejsza ze żmij - rzekł jej Księżyc.

- Nie chcę ni drogich kamieni, ni pereł, on musi zginąć. Śmierć za śmierć, życie za życie! - syczała żmija mściwie, bezlitośnie.

- Uczynię cię królową wszystkich nocnych stworzeń, będziesz mogła mieszkać u mnie w pałacu na niebie i przyjmować hołdy od swych poddanych we wszystkich dżunglach świata, ale przestań prześladować tego biedaka, odpuść mu jego winę.

- Za nic nie odpuszczę winy, za nic krzywdy nie zapomnę!- zacięła się żmija.

- Dam ci tedy, choć z żalem, jedną owieczkę z mego stada, tylko pozostaw tego pasterza w spokoju - prosi Księżyc.

- Choćbyś i całe stado owieczek mi dawał, nie przeważą jednego życia mego krzywdziciela - potrząsnęła żmija łbem przecząco, parsknęła jadem i już się do drżącego pastuszka podsunęła, by go ukąsić.

- Skoroś taka mściwa, żmijo - rzecze jej Księżyc zasmucony - więc ja się za niego poświęcę. On ma matkę staruszkę i ojca sędziwego, jest ich jedynym żywicielem, bez niego zginą z głodu. Weź moje życie w zamian, skoro inaczej być nie może. Co miesiąc na nowiu będziesz mnie połykać nocą i sycić swą zemstę, ale puść pasterza wolno. Będziesz miała, jak chciałaś, życie za życie, śmierć za śmierć! A ty chłopcze, uciekaj stąd co żywo wraz ze swoim stadem.

To rzekłszy Księżyc opuścił się nisko, nisko nad ziemię, otarł się rogiem o szczyt góry i stoczył się wprost w rozwartą paszczę żmiji.

Pasterz widząc tak ogromne poświęcenie, wybuchnął płaczem, ale pomny rozkazu Księżyca, otarł łzy i jął uciekać ze swym stadem co sił w nogach.

Odtąd Księżyc co miesiąc ginie na nowiu, połknięty przez mściwą żmiję, aby znów potem wypłynać  na nocne niebo. A biedny pasterz smuci się podczas ciemnych nocy, by znów potem z radością witać swego wybawiciela jaśniejącego wśród gwiazd.

W. Markowska, A. Milska "Płomyczek" nr.1 1-15.I. 1972 r.

#baśń#wyspy#południowe#pasterz#księżyc#żmija#



niedziela, 10 marca 2024

Bajka z Afganistanu

Przywódca klopsów



Pewnego razu było sobie naczynie z klopsami skwierczące w piecu.

"Oh, oh, kto nas uratuje przed tym straszliwym, skwierczącym gorącem?" wołały klopsiki.

"Ja was uratuję" powiedział ogromny klops leżący na środku naczynia. "Pomyślcie o mnie jako o swym przywódcy, a obiecuję wam, że wkrótce będziemy leżeć na łóżku z białego ryżu, a gorący sos przykryje nasze upieczone  boki".

Więc wszystkie klopsiki zgodnym chórem orzekły, że duży klops będzie ich przywódcą.

Gdy tylko głosowanie się odbyło kucharz otworzył piec i wyłożył klopsiki na duży talerz przykryty białym ryżem.

"O wspaniały przywódco klopsików" zawołały chórem, kiedy kucharz polał je czerwonym pomidorowym sosem. "Naprawdę wybawiłeś nas od niebezpieczeństwa, jesteśmy teraz w chłodnym, odświeżającym miejscu pełnym ryżu i sosu".

Ale w tym momencie kilka klopsików zostało zabranych widelcem z talerza i połkniętych przez człowieka.

"Perfidny klopsie" zawołali ci którzy pozostali. "Wprowadziłeś nas w najstraszliwsze niebezpieczeństwo. Jak możesz wyjaśnić ten horror i poniżenie do jakiego nas doprowadziłeś. Oszukałeś i zwiodłeś nas, a my tak liczyłyśmy na ciebie!".

"Wiedziałem, że następnym krokiem naszego życia będzie chłodne łóżko z ryżu" powiedział duży klops. "Popatrzcie mówiłem wam to co chciałyście usłyszeć, bo czy nie naszym przeznaczeniem jest być zjedzonym?" I w tym momencie wślizgnął się w gardło człowieka tak gładko jak tylko klops potrafi i został przeżuty tak jak powinno być.

"The meatball's leader" from "Outfoxing fear" by Kathleen Ragan

#bajka#afganistan#przywódca#klopsy


piątek, 8 marca 2024

Bajka z Afryki
Zimbabwe i Botswana

Cudowne drzewo



Były sobie dzieci, które mieszkały w małej wiosce nad rzeką.  Nic wielkiego nie działo się w niej i prawie ciągle nie było wody w rzece. Ale na obrzeżach wioski rosło specialne drzewo, było ono zupełnie inne niż drzewa w całym kraju. Było to cudowne drzewo, a ludzie byli bardzo dumni z niego.

"Może jest to mała wioska" mówili. "Ale w końcu mamy cudowne drzewo".

Wtedy nadeszła ogromna burza. Cały kraj był spieczony i wysuszony, a ziemia płakała za wodą, ale teraz nawet normalnie wyschnięta rzeka w wiosce zamieniła się w wściekły potok. Na niebie pojawiły się ciemne czarne chmury, a błyskawice rozdzierały niebo swoim światłem i grzmotami.

Jedna z takich błyskawic uderzyła w cudowne drzewo. Kiedy to się stało kilka gałęzi zaczęło się palić a wszystkie liście na drzewie zaczęły schnąć. Kiedy burza się skończyła kraj pokrył się zielonością nowej trawy. Niestety cudowne drzewo było czarne i skurczone. Nie miało liści  i nie dawało już owoców. 

Ludzie byli bardzo smutni tym co się zdarzyło, a wiele dzieci płakało tęskniąc za owocami, którymi drzewo ich obdarowywało. Nikt jednak nie podchodził do drzewa przez jakiś czas. Pewnego jednak razu podeszło do niego dziecko i natychmiast pobiegło do domu.

"Tam mieszka kobieta w drzewie" powiedziało do swojej matki. "Ma tylko jedno oko na środku czoła, tak jak światło pociągu".

Matka zaśmiała się i powiedziała, że to niemożliwe, aby ktokolwiek mógł mieszkać w drzewie i niemożliwe jest aby ktoś mógł mieć tylko jedno oko. W tajemnicy jednak poszła odwiedzić drzewo i zobaczyła, że jej dziecko mówiło prawdę. Rzeczywiście w drzewie żyła kobieta z jednym okiem na środku czoła.

Przez długi czas nikt nie zbliżał się do drzewa, bo każdy bał się tej dziwnej istoty. Ale po jakimś czasie to samo dziecko zobaczyło, że kobieta umarła i nikt już nie mieszka w drzewie.

Wkrótce cała wioska wiedziała już, że kobieta umarła i pewna rodzina podeszła do drzewa by zerwać owoce, które zaczęły rosnąć na nim. Ku ich zdumieniu drzewo zaczęło się trząść i zamieniło się w lwa. Bardzo się przestraszyli,  zwłaszcza gdy lew zaczął śpiewać. Słowa pieśni mówiły o tym, aby ludzie nie zbierali owoców z tego drzewa. 

Kiedy rodzina uciekała, obejrzała się do tyłu i zobaczyła, że drzewo zmieniło się znowu. Było teraz rzeką.

"To naprawdę cudowne drzewo" powiedział mały chłopiec, który to wszystko widział. "Najpierw był lew, teraz jest rzeka. Może zmieni się w coś jeszcze".

Chłopiec miał rację. Kiedy spojrzał z powrotem zobaczył, że drzewo znów stało się drzewem.

Wiele dni później inna rodzina przechodziła obok drzewa i zobaczyła, że jego owoce są dojrzałe i gotowe do zerwania.  To spowodowało, że drzewo znów się zatrząsło.

"Patrzcie" zakrzyczało jedno z dzieci. "Tam jest krokodyl na drzewie".

Rodzina uciekła, kiedy zobaczyła głowę krokodyla wyglądającą z liści drzewa. Nigdy więcej nie wrócili do drzewa, tak jak inni ludzie. Od tego czasu nikt nigdy nie mówił o cudownym drzewie. Zrobiło to z wioski cichą i spokojną wieś. Ludzie pomyśleli, że lepiej być wioską gdzie nic się nie zdarza, niż taką, gdzie dzieje się zbyt wiele.

"The miracle tree" from "the baboons who went this way and that way" by Alexander McCall Smith.

#bajka#afryka#botsawna#zimbabwe#cudowne#drzewo#

środa, 6 marca 2024

Bajka arabska

Śmierć i służący



Pewnego razu w Serendip, najpiękniejszym mieście w całym kraju - zdaniem wszystkich ludzi tu mieszkających i podróżnych, którzy tędy przejeżdżali - żył sobie pewien zdrowy i silny mężczyzna. Ten człowiek miał służącego, który był mu bardzo bliski. Traktował go nie jak służącego, ale jak dobrego człowieka, a nawet lepiej od swoich przyjaciół. Pewnego razu ów służący opuścił dom, aby wybrać się na targ po owoce dla swojego pana. W drodze gwizdał wesoło, dlatego że był zdrowy, silny i młody. Jego życie stało dla niego otworem.

Jednak na targu poczuł się przestraszony, ponieważ śmierć stanęła przed nim. Służący momentalnie ją rozpoznał. Śmierć popatrzyła zaskoczona na służącego, ale zanim cokolwiek powiedziała służący rzucił wszystko co trzymał i pobiegł z powrotem do swojego pana. Drżąc ze zdenerwowania otworzył bramę, wbiegł do środka i rzucił się na kolana przed swoim panem.

"Co się stało?" zapytał pan.

"O mój panie, poszedłem kupić owoce na targ i zobaczyłem śmierć".

"A czy ona coś do ciebie powiedziała?' zapytał pan.

"Nie, ani słowa. Tylko popatrzyła na mnie zaskoczona".

Pan pomyślał, że to wszystko brzmi bardzo niepokojąco. "Idź szybko do stajni" powiedział "i zabierz najsilniejszego i najszybszego konia, odjedź daleko, daleko od śmierci. Jedź do Bagdadu tak szybko jak tylko możesz".

Więc służący poszedł do stajni, zabrał najsilniejszego i najszybszego konia i pojechał do Bagdadu. Jechał cały dzień i noc. Wyjechał we wtorek, dał  odpocząć chwilkę koniom w środę w nocy, a w czwartek zobaczył pałac w Bagdadzie na horyzoncie.

Wydał z siebie krótkie westchnienie. "Dzięki bogowie" pomyślał. "Jestem w Bagdadzie przed piątkiem".

W czwartek zdrowy pan spacerował przez targ i zobaczył śmierć w tym samym miejscu, w którym znalazł ją służący.

"Witaj śmierć!" zawołał.

"Pozdrowienia zdrowy człowieku"

"Strasznie przestraszyłaś mojego służącego"

"Nie chciałam. Tylko popatrzyłam na niego zdziwiona. To tylko tyle"

"Ale dlaczego?" 

"Ponieważ pomyślałam sobie: Co on robi tu w Serendip? Mam go przecież spotkać w Bagdadzie w piątek rano i zabrać go do domu z sobą".

"Death and the servant" from "Arabic folktales" by Radaan Al Galidi

#bajka#arabia#śmierć#służący#


poniedziałek, 4 marca 2024

Baśń hiszpańska

Trzy pytania



W historii Hiszpanii król Pedro I, syn Alfonso XI Sprawiedliwego, znany był z przydomka Okrutny.

Sławny był jako bezduszny człowiek, który najbardziej był spagniony krwi ludzkiej i gwałtu, a wszystkich trzymał w terrorze.

Pewnego razu, kiedy oddawał się swojemu ulubionemu polowaniu zgubił się w lesie. Gdy nadchodziła noc mógł jedynie odpocząć w znalezionym po drodze zakonie, gdzie każdemu podróżnemu gwarantowano jedzenie, schronienie i łóżko.

Gdy podziękował za gościnę poszedł do reflektarza, a przechodząc obok pewnego brata zakonnego został rozpoznany przez niego. Rozpoznał on króla po pewnej chorobie, którą ten kiedyś nabył, a kiedy chodził jego kości przy chodzeniu wydawały dziwny odgłos.

Natychmiast poinformował on o tym całe zgromadzenie zakonne, aby uważali na niego. Jednak król Pedro I był w złym humorze i spotykając jednego z zakonników zapytał drwiącym głosem.

"Jak gruby jesteś ojczulku? Widzę, że nie ma na tobie pustych przestrzeni, więc sądzę raczej, że jesteś mądry".

Całe zgromadzenie zamilkło, nie chcąc nic mówić przed tak srogim królem.

"Więc, gdybyś miał ochotę" kontynuował. "Przyjdź do mojego pałacu za dziesięć dni i daj mi satysfakcjonujące odpowiedzi na następujące pytania: Po pierwsze, jaka jest odległość pomiędzy ziemią a słońcem? Po drugie, ile jestem warty? Po trzecie, w co wierzę, a nie jest prawdą? Jeśli odpowiedź mnie nie zadowoli zostaniesz ścięty."

Mówiąc to odjechał.

Biedny zakonnik był mocno przestraszony, kiedy zdał sobie sprawę, że król jest w stanie zrobić to co powiedział.

Modlił się całe dnie i noce, ale nie mógł znaleźć odpowiedzi na te pytania.

W czasie panowania króla Pedra nikt nie zmierzył jeszcze dystansu między słońcem a ziemią, a wiele planet nie było odkrytych. W dniu kiedy przybył do pałacu nie znał odpowiedzi na te pytania. W stresie powierzył się Najświętszej Pannience, bo tylko ona mogła mu pomóc.

Po przybyciu do Sewilli jeden z zakonników, odważny chłopak, powiedział do niego:

"Braciszku oboje jesteśmy tego samego wzrostu i podobnie wyglądamy. Dlaczego to ja nie mogę zająć twojego miejsca i odpowiedzieć królowi?"

Braciszek zobaczył w tym dzieło Pana Boga i pozwolił mu pójść  do króla. 

W momencie gdy przybył na zamek, król rozkazał aby go przyprowadzić.

"Czy znalazłeś odpowiedzi na pytania, które ci zadałem?" spytał.

"Tak, panie".

"Zaczynaj więc. Odpowiedz jaki jest dystans między ziemią a słońcem?"

"Osiemset i czterdziesci siedem tysięcy mil. Nie więcej, ani nie mniej. A jeśli jego królewska mość nie wierzy niech spróbuje zmierzyć".

Ponieważ było to niemożliwe, król był zadowolony.

"Nieźle" powiedział. "Teraz drugie pytanie. Ile jestem warty?"

"Dwadzieścia dziewięć srebrnych monet".

"Ale dlaczego dwadzieścia dziewięć srebrnych monet?"

"Ponieważ jego królewska mość nie jest więcej warty od naszego Pana Jezusa, który był sprzedany za trzydzieści srebrników".

"A w co wierzę, a nie jest prawdą?" zapytał monarcha.

"Wasza królewska mość wierzy, że to ja jestem tym braciszkiem, którego wybrał, ale ja nim nie jestem".

Król był zdziwiony pomysłowością zakonników i przeprosił cały zakon.

To dowód na to, że okrutny człowiek został pokonany i uspokojony siłami pomysłowości.

"The three questions" from " Fairy tales from Spain" by J Munoz Eskomez

#baśń#hiszpania#trzy#pytania#król#mnich#zakonnik


sobota, 2 marca 2024

Bajka arabska

Lew, wilk i lis



Lew, wilk i lis postanowili zapolować wspólnie razem. Złapali byka, jelenia i królika. Potem położylli się pod drzewem by rozdzielić swe łupy.

Lew  powiedział do wilka, aby ten zdecydował co kto dostanie. Wilk uśmiechnął się i oblizał wargi. "Lwie ty możesz zatrzymać byka. Wtedy ja dostanę jelenia, a lis będzie mógł zjeść królika".

Wściekly lew podniósł się na nogi. Z iskrzeniem w oczach podszedł do wilka.

"Co ty powiedziałeś? To nie jest sprawiedliwe wilku! Gdzie ty uczyłeś się swojego zachowania? Opuść nas! Teraz! Natychmiast! Jeśli zaraz nie znikniesz, nigdy już nie będziesz mógł oddychać".

Wilk zadrżał ze strachu. "Przykro mi panie Lwie. To był błąd. Wybacz mi, może zacznę rozdzielać jeszcze raz".

"Nic z tego. Po prostu idź" zawarczał lew, a potem zaryczał.

Wilk biegnął, aż wkrótce zniknął za horyzotem.

Lew odwrócił się do lisa.

"Teraz twoja kolej lisie. Rozdziel jedzenie pomiędzy nas dwóch, ale sprawiedliwie, nie tak jak ten wilk".

"Panie lwie, Wasza Wysokość" powiedział lis, kłaniajac się głęboko. "Jestem zachwycony, że dostałem taki honor aby móc rozdzielić jedzenie".

"Wstań" zaryczał lew. "I rozdziel w końcu jedzenie".

Lis stanął czując się jednocześnie nieśmiałym i bojąc się. "Panie lwie, byk jest na twoje śniadanie, ponieważ potrzebujesz energii na cały dzień i to na początek napełni twój żołądek. Jeleń jest na obiad, ponieważ jest mniejszy i smaczniejszy. Królik natomiast jest na kolację, ponieważ jest lekki i miękki, więc będziesz po nim lekko spać".

Lew uśmiechnął się i położył swoją łapę na ramionach lisa. "Masz rację lisie. Gdzie nauczyłeś się swojego zachowania?"

"O Wasza Wysokość, panie Lwie. Powiem ci, ale musisz mi obiecać, że nie bedziesz na mnie zły".

"Powiedz mi"

"Czy obiecujesz, że mnie nie skrzywdzisz?"

"Obiecuję".

"Nauczyłem się tego patrząc na twoją złość, jaką okazałeś wilkowi".

Lew zaśmiał się głośno. "Zabierz wszystko lisie. Zasługujesz na to, bo jesteś mądry". Zostawił więc byka, jelenia i królika lisowi i odszedł w las, wciąż śmiejąc się z tego zdarzenia.

"The lion, the wolf and the fox" from "Arabic folktales" by Rodaan Al Galidi

#bajka#arabia#lew#wilk#lis#


Bajka z Zachodniej Afryki Wiewórka i pająk Po wielu staraniach, pracowitej wiwiórce udało się wyhodować bardzo dobrą farmę. Jako że była z...